Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/338

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W około czarnych liter napisu tego, zwinięta gałęź jodłowa tworzy prosty, ciemny wieniec. Która z trzech, drogich poecie dłoni kobiecych położyła go tutaj? — nie wiem. Może dłoń matki staruszki, może panny Berty, wychowanicy Hamerlinga, może pani Emmy Gstirner, przyjaciółki jego.
Ja wszakże myślę, że ten surowy, prawie czarny wieniec zwinęła matka.
Młoda bowiem dziewczyna, jaką jest panna Berta, dodałaby do niego bodaj jeden kwiatek; przyjaciółka zaś ozdobiłaby go co najmniej nieśmiertelnikiem...
Ale matczyne serce wie, jakiego znamienia synowskiej mogile potrzeba. Ono nietylko w kwiaty, ale w łzy nawet żałoby swojej nie stroi, a bólu swego nieśmiertelnym też być nie powiada, bo wszak on dłużej nie trwa, niż jej życie...
Hamerling umarł w małym wiejskim domu nieopodal cmentarza tego, w dolinie wśród gór leżącej. Już od lat kilku miał on tam przystań cichą, powietrzem lasów świerkowych owianą, o której wiedział, że przedśmiertną jest, bo go choroba piersiowa gasiła zwolna, lecz niepowstrzymanie. Dom ten zamieszkuje teraz matka staruszka, a kiedy u okna siędzie, widzieć może niski mur cmentarny, który ją od mogiły syna dzieli...
Ta mogiła tak jest drobna, iż wygląda zdala na chłopięcy grobek; i trumna, którą pokrywa,