Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/324

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nalnie idących zakonników ledwie że nieco miejsca dawały śpieszącym do stajenki pasterzom.
Oczywiście, że tylko rzemieślnik, a nie artysta mógł się podjąć klecenia takich polemicznych i dekoracyjnych szopek; wpadał on też zazwyczaj aż po uszy w najdzikszy barok, tak, że z pomiędzy przechowanych częściowo choćby żłobków, jezuickie na pierwszy rzut oka poznać można.
Ale po za materyalnymi zyskami, przynosiły jasełka twórcom swoim nieraz i znaczne zaszczyty.
Prastary kościół św. Szczepana w Genui ustawia w zeszłym wieku żłobek tuż w pobliżu sławnego męczeństwa swojego patrona, które malował w wyższych częściach Rafael, a w niższych Giulo Romano.
Inne kościoły zapełniają jasełkami przepyszne absydy naw bocznych, o przyćmionych mozajkach i freskach; a opactwa i kartuzye mieszczą je w głębi swych cudnych krużganków, zamkniętych kolumnadą złotawych, starych marmurów.
Trzej królowie przynosili wtedy naprawdę twórcom swoim złoto i kadzidło.
Z czasem wszakże idzie to w rozsypkę. Z owych licznych jasełek utrzymują się te tylko, które albo dłuto mistrza, albo pobożne uczucie ludu uświęciło. I rzecz dziwna, uczucie to, jakby instynktem wiedzione, schodzi się zazwyczaj z mistrzostwem samego dzieła.