Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy signorina podnosi wreszcie głowę, twarz jej od dotknięcia tylu ust świeżych i ciepłych wydaje się cokolwiek mniej bladą. Uśmiecha się wtedy i podniósłszy w górę najmniejszego bębna, który jej do szyi dostać nie mógł, całuje go w powietrzu.
Jest to „Nonno,” gruby jak klocek, z głową zgoloną do skóry i w wielkim niebieskim kołnierzu marynarskim na wyblakłej bluzie. Ledwie go signorina puściła, natychmiast pakuje się on na ławkę przy małym stoliku. Oto miejsce, które mu stanowczo najbardziej do gustu przypada. I nie bez racyi. W małym stoliku wyrznięte są dwa otworki okrągłe, a w nich stoją dwie cynowe miseczki. „Nonno” bierze cynową łyżkę tuż obok leżącą i ściska ją w ciemnej grubej piąstce, jak dobrą znajomą.
Wie on, że kiedy przychodzi południe, a on już dawno zapomniał o głąbiku wodnego kopru z solą, który mu matka dała na śniadanie, tu, przy tym stoliku, nakładają mu na miseczkę makaronu, albo nalewają wodzianki z fasolą, dwa razy zaś w tydzień przychodzi tu przed niego „brodo,” imitacya rosołu z kawałkiem tłustego mięsa. Siada wówczas ten lub ów kolega z bosej komendy, po drugiej stronie stolika i jazda!
Ale starsze dzieci biegną do witryn i gablotek, gdzie są wystawione ich prace.
Non toccare! Non toccare! Nie dotykać! — krzyczą na wyścigi, smarując palcem po szybie dla łatwiejszego odszukania swojego nazwiska