Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Żadne też teoretycznie wyłożone systemy ulepszonych ławek, rozkładu światła, budowy sal szkolnych, wentylacyi, przyrządów gimnastycznych i rodzajów umundurowania nie mogłyby być tak przekonywające, jak te rumiane buziaki, giętkie ruchy, wesołe głosy i tryskające swobodą oczęta.
Oto się właśnie z szumem i wrzawą pakują do pierwszej sali, „Sali ochron.” I oto gromadki ubrane schludnie, ale zupełnie ubogo: czerwona chustka na szyi, związana „à la Garibaldi” u chłopców, a pstra wstążczyna, wiążąca włosy na czubku głowy w sterczący pędzelek u dziewczyn, jest całą ich elegancyą. Natychmiast rzucają się do całowania „Signoriny.” Natychmiast wypełniają śmiechem i szczebiotem salę od kamiennej posadzki do jasnego, wesołego sufitu.
„Signorina” przez starsze dzieciaki poetycznie „Maestrą” zwana, to blada, typowo anemiczna młoda nauczycielka szkoły elementarnej, albo też ochronki. Długi czarny fartuch, szara wełniana suknia, mała kokarda komitetowa u źle skrajanego stanika, i wielka szyldkretowa szpila w grubych, ciężkich, starannie upiętych włosach oto strój signoriny.
W tej chwili jest ona otoczoną, oblężoną, do muru przypartą przez dzieci. Jedno na drugie pcha się, tłoczy, chwyta ją za szyję i całuje z zapałem w oba policzki.