Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


białem czole i nie psuje ujmującej, zawsze jednostajnej pogody uśmiechu. „La Regina” bawi się, lub okazuje, że się bawi każdą niespodzianką, jest przedewszystkiem „bonne enfant” i dlatego to może tak ją uwielbiają włosi. Trzeba było widzieć z jak przedziwnym humorem i z jak rozkosznie rozjaśnioną twarzą przypatrywała się wielkiej iluminacji portu w ostatni wieczór swojego tutaj pobytu.
Było też to istne czarodziejstwo, istne marzenie, ta „Noc wschodnia,” czy też „Noc wenecka,” jak ją tu nazwano. Do stu okrętów, iluminowanych na każdym maszcie i na każdej linie: kto mi takie widowisko gdziekolwiek pokaże? Pomijam szczegóły. Pomijam gwiaździste barki, transparenty, gondole o złotych skrzydłach i ognie sztuczne, choć te ostatnie należały podobno do najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek w Europie spalono. Biorę tylko dwie masy: płonące morze, które bije o płonące brzegi; cały ten bowiem amfiteatr, jakim się tu Alpy podesłały niegdyś pod miasto, palił się żywym ogniem na wszystkich poziomach, ukazując ogniem malowane mury, wiele, pałace, ulice, kościoły, coraz wyżej, co raz wyżej, aż do fortów, aż do zębatej wieży willi „De Albertis.” Ta miała światło żółte, jak gromnica — i nie dziw. Tam mieszka i ma swoją posępną pracownię słynny wynalazca balsamowania trupów, systemem „De Albertisa” od imienia jego zwanym. Ale i nad tą ponurą wieżycą