Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A skoro stanął zamek, znalazł się i poeta. No, nie Prati i nie Carducci wprawdzie, ale zawsze poeta, który nie wiem, czy potrzebując protekcji, czy groszy, w dość niefortunnym poemacie uwiecznił — co najmniej na czas trwania wystawy — ów odnowiony zamek.
Do tej to, świeżo zamieszkanej, a już opisanej siedziby zaprosił signor Raggio królewską rodzinę, ministrów, przedstawicieli flot obcych i arystokrację tutejszą, nie zapominając o ojcach miasta, z panem syndykiem na czele.
W tak cudnym zamku, mając takich gości, czy mogło zbywać jeszcze na czem signorowi Raggio? A jednak mu zbywało: nie miał tytułu. Ani kawałka tytułu. Był poprostu „onorevole signor Edilio Raggio.” Czy to nie ironja losu?
Na szczęście piękna królowa Małgorzata odgadła gryzącą go troskę i, żegnając odprowadzającego swych koronowanych gości „Onorevola,” rzekła:
— Raz jeszcze dziękuję ci... hrabio!
Poczerwieniał „Onorevole,” nie wiedząc, czy go słuch przypadkiem nie myli, gdy wtem król, ścisnąwszy mu rękę, dodał:
— Pozdrowienie moje małżonce... hrabinie Enriquecie Raggio!
Tym razem słyszał dobrze; a co ważniejsza, bardzo wiele osób to słyszało. Skoro więc tylko kareta królewska ruszyła, rzucił się signor Raggio w objęcia syndyka, i tak stali przez chwilę ci