Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wdzięku, co jest ważnem, a także berłem taktu, co jest ważniejszem jeszcze.
Od chwili, kiedy się ukazała na jachcie królewskim, cała w błękitnych barwach sabaudzkiego domu, tak dobrze służących jej jasnej urodzie, nie schodziły z niej zachwycone oczy miasta, którego jest chrzestną córką. Królowa nie zapomniała o tem. Jej bytność w katedrze, powitanie arcybiskupa Reggio i przyjęcie błogosławieństwa z rąk jednego z prałatów kolegjaty tutejszej nawiązały nową, milczącą dotychczas strunę w tym wielkim hymnie kolumbowym, jaki tu na wyścig śpiewa i ziemia i morze.
Monsiguor Reggio nie był popularnym w Genui, o czem wiedział dobrze. Ingres jego, zwlekany bardzo długo i wcale nieświetny, odbył się pod patronatem karabinierów, gęsto obsadzonych tak dokoło katedry, jak i pałacu arcybiskupiego. Nie było też nowemu arcybiskupowi pilno o popularność tę zabiegać. Od uroczystości, w których bije serce miasta, trzymał się zdala, rzec można, niechętnie patrzył na nie.
Wymówiła mu to tutejsza prasa raz i drugi; monsignor zmilczał; ale zelant jakiś wystąpił w kilku pismach z jednobrzmiącym, krzykliwym listem mniej więcej tej treśei:
— „Wy, bratki, nie wymawiajcie arcybiskupowi jego abstynencji od waszych szopek, ale mu dajcie „exequatur,” jak należy, to będzie lepiej!”