Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


strzeń morza, w którą jacht królewski ma wpłynąć.
Na każdym pancerniku po kilka tysięcy widzów, dopuszczonych tu za specyalnemi biletami marynarki włoskiej. „Caffaro” szczególniej i „La Regina” zatłoczone są ponad wszelką miarę. Pomiędzy jednym a drugim pancernikiem krążą barki, dowożące do nich wciąż nowe zastępy. Od strony lądu przestrzeń tę zamyka królewski debarkader, pełen w tej chwili świetnych mundurów i udekorowanych panów; za debarkaderem linja bersalierów, muzyki wojskowe i całe rzędy otwartych powozów, w których mienią się, błyszczą, fruwają jasne tualety dam.
Z lewej i z prawej strony daleko na morze wybiega mała i wielka tama, obie usiane ludzką czernią, równie jak galerye latarni morskich i słupy sygnałowe. Dachy portowych składów, magazynów, tabor poblizkiej kolei, kominy, parkany, beczki, kupy wozów, wszystko to literalnie oblepione ludem. Na wyprężonych kotwicznych linach kołyszą się wyrostki, drobni chłopcy siedzą na ostatnim skrawku wielkiej tamy, spuściwszy nogi nad morze. Palcem to, zda się, trącić, a zleci do licha.
Ranek zimny, ostry wiatr zawiewa z wschodu, marszcząc posiniałe morze. Wielkie, odbite od chmur plamy leżą na niem ciemne i ruchome; od chwili do chwili odkrywa się słońce lecz wnet gaśnie znowu. Nikt przecież nie zważa na to.