Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stko w odpowiedniej mierze zupełnie, jak przepis na krem śmietankowy. Szczególniej Rzym i Neapol kapały od tytułów rodowych.
Pyszny, parskający kłębami dymu „Mora” książąt Strozzi był bohaterem wyścigów tych, które narobiły niezmiernie dużo pisku, szumu i klekotu, a będąc ostatecznie tylko wyścigiem machin, nie miały w sobie nic zgoła z tej szczerej poezyi morza, jaka dyszy z plusku wiosła i szelestu żagla. Wyścig łodzi wynagrodził dopiero Genuę za dym, jakiego się nałykała z owych utytułowanych kominów.
Morze niesie żaglowce, przemocy parowców ulega, ale pieści łódź tylko samą.
Dla niej otwiera się ono w te drobne, gwiazdami usypane bruzdy, dla niej, z iskier srebrnych, z wiosła kapiących, tworzy regularne, delikatne hafty, ścieląc je dokoła jej burtów; dla niej ma ten plusk rytmiczny, który jest pieśnią fali, dla niej ten miękki ruch, jakim istota nieskończenie silna obejmuje istotę ufną a wątłą.
A potem występowała tu w szranki nietylko doskonałość statku, ale także zręczność i siła ludzkiego ramienia.
Towarzystwa wioślarskie ogromnie są rozprzestrzenione we Włoszech. Wielkie sekcye, jak: „Societa Ligure,” „Citta Marittime,” „Alta Italia,” „Mediterranea” i inne mają mnóstwo rozgałęzień w poszczególnych miastach, jak: „Roving-Club” w Genui, „Arno“ i „Libertas”