Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tym razem szanowny padre nie ukazuje się w habicie, ale po rycersku dosiada konia w zbroi szmelcowanej — nie wiem, czy gwoli historycznej wierności, czy też gwoli sympatjom tłumów. Bądź jak bądź, postać jego znika między rycerstwem świeckiem z pewną szkodą dla malowiczości pochodu, w którym ten dzielny mnich byłby pyszną, doskonale czas swój odźwierciadlającą figurą.
Nagle grzmot oklasków, podawany wzdłuż drogi, zapowiada ukazanie się Kolumba. Wielki „Admirał Oceanii” jedzie na swojej złotawej białonóżce, z pewną wielko pańską nonszlancyą i nie bardzo zdaje się być rolą swą przejęty.
Po obu jego stronach dwaj książęta: Medina Coeli i Medina Sidonia wspaniale przybrani. Za nimi posłowie Genui: Grimaldi i Francesco Marchese; dalej konne Notable korony: Piotr Guthierez i Sant’Angelo; za czem w czarnym płaszczyku Bernardino Tappia, uczony lekarz z Salamanki: kto wie, jeden z tych może, którzy swój śmiech szyderczy upamiętnili w Kolumbowych dziejach, teraz na historyografa wyprawie przydany.
Rzecz prosta, „iż jeden cień tylko maluję obrazu”. Niepodobna objąć ani okiem, ni pamięcią tego tłumu przesuwających się strojnych i malowniczych postaci, z których żadna do najpośledniejszego wioślarza, banalną nie jest, bo wyraża sobą cząstkę wielkiej chwili wielkiego stu-