Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rato, zrobionego na ognisto—żółto; (no, ten nie pachnie wcale!) ma go Cremona z cegły, mają pasztetnicy, ułożonego z samych „amaretti;” dlaczego by stolarze mieć nie mogli?
Owszem, mają. Po nad tą mieszaniną orzechu, gruszy, dębu, jasnych węgierskich jesionów, akacyj i laki, po nad tą snycerszczyzną i pstrocizną obić, po nad bogactwem skór wycinanych i złoconych, króluje Kolumb w bardzo pięknym bronzie, u szczytu hebanowej, ośmiokątnej szafki, która monarszą pracownię zdobićby mogła. U spodu jej glob duży i cyrkle; u podstawy delfiny ze spłaszczonymi łbami; powyżej cztery płaskorzeźby w bronzie, przedstawiające kapitalne sceny z życia wielkiego odkrywcy; tuż pod kopułą cztery zadumane postacie kobiece, które nic nie mają z sztywności bezdusznej symbolu, a na kopule postać męża spokojna, prosta, imponująca.
Sprzęt ten mógłby stać w galeryi sztuk pięknych, a nie w oddziale przemysłowym.
Na podwórcu wystawy tymczasem wszystko wre i huczy: wypuszczają gołębie pocztowe. Powstaje trzepot nie do opisania, chmura białych i czarnych puchów przesłania szafir nieba. Jeden okrzyk wita ten wzlot nagły, szeroki, pełny. Panie powiewają chusteczkami, setki białych płatków trzepocze w powietrzu, nakształt ptasich skrzydeł, panowie machają kapeluszami, tysiące oczu podnosi się w górę. „I Duchi” zeszli