Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Sivellego i Arduina wyglądają przy weneckiej jubilerszczyźnie, jak jarmaczny towar; rzymska biżuterya także niedowierza sobie i swoje „perle romane” jaknajdalej od weneckich arcydzieł umieszcza. Medyolan tuż obok wprawdzie rozpościera swoje srebra i swoje kryształy, ale po to chyba, aby widzieć, jak są pospolite i ciężkie. Nawet Nicora, twórca wielkiego medalu Kolumba, nie ma nic, coby w porównaniu z Catanellą iść mogło. Jedna tylko Florencya bezpiecznie kładzie w pobliżu swój pysznie cyzelowany w starem srebrze dzbanek i takiż kubek, do którychby się i Benvenuto Cellini mógł przyznać bez ujmy dla swojej wiekowej sławy. Przypuszczam nawet, że stary ów król z ballady, ów król smętny z Thule, pożałowałby kubka tego i nie rzucił go w morze.
Gdyby ten król wszakże chciał ubrać damę swego serca, musiałby iść do tej wielkiej, podobnej staremu tryptykowi szafy, gdzie Medyolan rozwiesza swoje pyszne jedwabie. Byłby wszakże w kłopocie, stare, poczciwe królisko, co wybrać z przepychu tego. Czy morwową lub płową, jakby zblakłą materyę z epoki Ludwika XIV-go, czy malinową w pasy lub rezedową w gałęzie ciemnej zieleni z epoki cesarstw, czy wiśniową tłoczoną, w wielki architektoniczny niemal deseń, na tle białem, dzielonem w złote pola z XV-go wieku; czy wreszcie tę z czasów Ludwika XVI-go, białą ze srebrem, lub białą, zarzuconą polnemi różami? Sam mistrz Osnago, który do współki z Alfierim