Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mógł w takich warunkach wyrobić się pożądany wykwint form i powierzchowności?
Co takiego wykwintu spragnione, ucieka do Rzymu. Tam siedzą genueńscy Dorie, tam Lomelliniowie; Palavicini tylko w strachu przed malaryą uciekają z stolicy do swego uroczego Pegli pod Genuą, lub do ślicznego „Villino,” które tuż mam blizko, wiszące, jak kosz kwiatów i zieleni, nad morzem. Z tutejszego patrycyatu, jedna tylko stara księżna Galliera siedziała w Genui, fundując szpitale i przytułki dla nędzy: no, ale w tem siedzeniu tutaj był dramat, jeden z tych wielkich, rodzinnych, o których się i nad popiołami nie mówi.
Tak więc oko, patrząc na sam bukiet, na kwiat genuenek, żadnym się tu zachwytem nie pasie, i trzeba nadzwyczajnej dobrej woli, żeby się, jak to czyniła prasa tutejsza, unosić nad pięknością dam obecnych otwarciu wystawy w ogóle, a nad urokiem tej lub owej „nobildonny,” czy „gentildonny” w szczególności.
Czy uwierzy kto wszakże, że ranek ów był dla wystawców tak dobrze, jakby stracony? Mimo ciekawość naturalną i tę, jaką wzbudzono sztucznie na rzecz dywidendy, stracony?
A jednak jest to prawda. Nikt z obecnych nie widział nic i nic nie podziwiał, bo wszyscy hurmem biegali za książęcą parą.
Dla Doga! Niech mi nikt nie każe biegać od galeryi do galeryi, od hali do hali, od gablotki