Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czyżby co więcej padło, niż te nędzne budy? Istotnie, padło ministeryum Crispi’ego, a z niem obietnica i nadzieja półmilionowej subwencyi. Pan Rudini bowiem o niczem mniej nie myślał, jak o dotrzymywaniu obietnic poprzednika swego. Ministerya, rzecz naturalna, nie są od naprawiania starych błędów: one są od popełniania nowych. Pobiegł do Rzymu p. Crauero strapiony, zaniepokojony w najwyższym stopniu.
W Kwirynale przyjęto go z wyszukaną uprzejmością, okazano wielkie zainteresowanie jego wspaniałą imprezą, ale pieniędzy nie dano. Jakie mu tam przedstawiano racye, jakie motywy, tego nie wiem, przypuszczać wszakże wolno, iż wszystko obracać się mniej więcej musiało około owej przypowieści o królu Salomonie i pustym dzbanie.
Co było robić? P. Crauero słusznie ocenił, że nie było co robić. Powrócił tedy do Genui, wydobył od municypalności zapomogę w sumie stupięćdziesięciu tysięcy lirów, wypuścił stufrankowych akcyj tyle, ile się wypuścić dało, i zabrał się do dzieła z całą energią, jaka już zdaleka bije z jego kwadratowej niemal, silnej, męzkiej twarzy.
Ile teraz na Porta-Pila powstało kurzu, ile zgrzytu, huku, łomotu, opisywać się nie podejmuję. Starczyłoby tego na całą epopeję w cyklopowym stylu.