Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dojść można i wziąć ztamtąd tyle „oświaty,” ile jej kto nabrać zdoła. Coś jakby skarbów z zaklętej jamy... wiesz... w bajkach...
Na to, że zaszedłszy do Genewy już jest „na zachodzie,” nie przystawał jakoś i głową kręcił. Jemu „powiadali, co tam je Francya. Ale jemu ta o Francyę nie tyla, ino coby prędzej po tę ta oświatę...”
A kiedy to mówił, kiedy zwłaszcza wymawiał ten wyraz „oświata,” ciemniało mu spojrzenie głębokim ogniem, a w głosie miał żarliwe akcenty wyznawcy.
Raz i drugi spojrzałem na Jeża. Drgały mu powieki i wąsy, ale oczu od talerza nie podnosił; przeczuwałem w nich łzy, z tych łez, które — nie bolą.
— A co? A co? — rzekł do mnie nagle i bystrem, siwem okiem dopowiadał resztę. Podobny był mi do Symeona, który oglądał zbawienie Pańskie.
Tymczasem wdałem się z chodzikiem w bardziej szczegółową gawędę; pytałem, badałem trochę. Szło mi o przekonanie się, ile też ten chłop polski nabierze oświaty w połę tej swojej płótnianki, kiedy już „na zachód” zajdzie. Z gawędy tej okazało się, że czytał wiele i wiele rozumie. Znaczenie takich nawet wyrazów, jak: „paleontologia,” „kosmografia,” „astronomia,” „historya,” nie było mu obce. Tłómaczył on te rzeczy na swój sposób, swoim przepysznym ję-