Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Do szkoły?
I... ni... Na zachód. Toć ta w książkach stoi opisane, co oświata na zachodzie je... takem się po nią i wybrał.
Zamilkł, jakby zawstydzony czegoś...
Chwyciłem go za rękę i do pokoju wciągnąłem.
Wszedł, przerzekł „pochwalony,” pokłonił się kapeluszem ku ziemi, i na wezwanie, za stołem siadł wprost Jeża. Poszeptałem z gospodarzem, a on tymczasem, łyżką talerz przed sobą przeżegnawszy, jadł. Jedząc, podnosił od czasu do czasu oczy i uśmiechał się do nas, patrząc nam w twarze wdzięcznie i przyjaźnie.
Zaczęła się rozmowa, a nadewszystko pytania. Chłop prawił, wyrażał się jasno, a mówił tym prastarym językiem, który względnie do naszego bezpolnym nazwaćby można, gdyby nie to, że kwieciem polnem pachnie...
Dowiedzieliśmy się tedy, że nasz chodzik nazywa się Józef Strzyboń, że idzie z Wielkopolski, że ze wsi wyszedł po kopaniu, na twardej jesieni, że zimą po drodze tu owdzie najmował się do robót w domach do posługi, choć tu szwabom i nie honor służyć, że wiosną teraz po ogrodach kopał, i tak sobie coś niecoś uzbierawszy, na zachód idzie. Jakiby to był ten zachód, nie zdawał się jasno pojmować.
O ile sądzić mogłem, wyobrażał on sobie ten „zachód,” jako miejsce błogosławione i światła pełne, do którego po długiej i dalekiej drodze