Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Chodzik.


Czy warto dla ludzi pisać? — powtórzył swoim spokojnym, bezbarwnym nieco głosem, moje porywcze pytanie i strząsał zwolna popiół z cygara, milcząc długą chwilę.
— Ha, no! — rzekł wreszcie. Ja ci tam tego dowodzić nie będę! Zadużo gadano już o tem. Ale ci opowiem fakt jeden, drobny fakt z życia, wiesz... Ot, głupstwo, jedno z drugiem, ale ci opowiem. W Genewie wtedy byłem i stałem u Jeża. No, mógłbym ci i o tem powiedzieć niejedno, ale co tam! Machnął ręką, pokiwał głową i westchnął. Po chwili mówił dalej:
— Wiosna była, pamiętam, południe, siedliśmy tylko co do stołu. Naraz wywołują mnie. Ktoś w sieniach czeka, pyta o mnie. Wychodzę, patrzę: chłop. Zwyczajny, najzwyczajniejszy chłop polski: w kamizeli, w płótniance, szarawary w buty, węzełek na plecach, kapelusz na głowie. Zdjął go, gdym wyszedł, i przemówił: Pochwalony... Grzmotnęło mi coś w piersiach, ale nic. Patrzę, co z tego. A jużeśmy tam różnych chodzików mieli do sytości. Jeden za drugim, jak procesya szli, a każdy o te drzwi opierał, każdy goły. Ot, żeby jeszcze wszystkim pomódz można, ale cóż!