Strona:Maria Konopnicka - Książka dla Tadzia i Zosi.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jedna partya broni, a druga zdobywa. Oj, bitwa czasem bywa gorąca! A żeby który zemknął, to niech ręka Boska broni! Zaraz mundur z dezertera precz, broń traci, honor traci, no i za tchórza jest uważany, dopóki jakim mężnym czynem z siebie wstydu nie zmaże. Czasem też budujemy fortecę. Ja mamę proszę wtedy o płócienną bluzę, żebym nie poniszczył rzeczy i dalej do roboty! Nosimy kamienie, nosimy glinę, piasek i dopieroż z tego wystawiamy wały i mury. Stary Paweł, wiesz, taki porządkowy, daje nam też czasem kawałki drzewa odpiłowane od desek i bali, to taka forteca z tego, że i tydzień stoi i Wiernuś i inne psy się tam koło tego wałęsają a nie przewrócą. Taka ci mocna!
A czasem to się znów bawimy w Robinsona. Chłopcy moi są dzicy, a ja jestem Robinsonem. Idziemy wtedy wszyscy za ogród i jesteśmy na bezludnej wyspie. Więc ja ich uczę, jak to się zboże sieje, jak się sadzą kartofle, jak się drzewa sadzą, jak się ze lnu płótno robi, a oni krzyczą a krzyczą z zadziwienia, zwyczajnie jak dzicy.