Strona:Maria Konopnicka - Książka dla Tadzia i Zosi.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dyni do domu wraca. Usłyszała głos dziecka i zdaleka już woła:
— Co ci to Maryś, co! cichoj córeczko, cichoj!
Zerwał się Kurta jakby nigdy nic i raduje się a ogonem macha i w oczy gospodyni patrzy, właśnie jakby mówił: — A to czysta bieda z temi dziećmi, proszę pani gospodyni! Co się tu tej Marysi nie nabawiłem, nie naperswadowałem i to wszystko na nic! Maże się to maże, sama nie wie czego. A o tem, że spał przez ten czas, to ani piśnie. Nakarmiła gospodyni Marysię, uśpiła, ugotowała obiad, zjadła, statki pomyła, Kurcie też zacierek z serwatką dała. Mój Kurta jakby jeszcze nic dziś w pysku nie miał, chlap, chlap! wychlapał i wylizał wszystko do czysta. Przygotowała gospodyni znów dwojaki i niesie obiad w pole, a Kurcie przykazuje: — Pamiętaj, Kurta, żebyś tu chałupy pilnował. Niech ręka Boska broni, żeby się tu co miało stać!
Pan Kurta ogonem macha, podskakuje, zupełnie jakby obiecywał, że wszystko bę-