Strona:Maria Konopnicka - Książka dla Tadzia i Zosi.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzie dobrze, a kiedy gospodyni na skobelek izbę zamknęła, położył się na progu i warczy.
— Będę warczał, myśli sobie, to jak tu przyjdzie jaki dziad, albo kto, to zaraz sobie pomyśli: „to jakieś zjadliwe psisko i pójdzie dalej“. Warczy więc i nogi pod siebie podkulił, żeby nie było widać, że ma tylko trzy, boby go się może nie bali. A tu słonko przygrzewa silnie, a drogą, co wóz przejedzie, to kurzawa taka powstaje, że strach. Zdala, zdaleka, słychać klepanie kos i stukot grabi i głos Maciusia jak zawodzi na pastwisku: „Dana, oj dana!“. I tak to wszystko jakoś razem zmorzyło pana Kurtę, że warczał coraz ciszej, aż nareszcie westchnął, ogon pod siebie podwinął i znów chlapnął. Aż tu furtka skrzyp, skrzyp.... wszedł dziadek siwy, żebrzący z sakwami na plecach i koszturem w ręku. Wszedł i od furtki zaraz się odzywa: „Niech będzie pochwalony!“ — a mój Kurta jak nie skoczy, jak się na dziadka nie porwie, jak nie zacznie ujadać: ham! ham! ham! ham! aż ochrypł. A co go najbardziej gniewało, to, że dziadek nic sobie jakoś z tego szczeka-