Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/313

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i trzeba dopiero aby ktoś świadomszy poddał nam niepochwytne słowo zagadki. Ale skoro przejrzymy te obyczaje, przerażają nas, bo czujemy w nich podmuch szaleństwa, o wiele bardziej niż niemoralności. Pani de Surgis nie miała ani cienia poczucia moralnego, i dopuściłaby u swoich synów wszystko, coby się tłumaczyło plugawą bodaj korzyścią, zrozumiałą wszystkim. Ale zabroniła im stosunków z panem de Charlus, kiedy się dowiedziała, że regularnie jak zegarek i za każdą wizytą baron szczypie ich w policzki i każe się szczypać wzajem. Doznała owego niespokojnego uczucia fizycznej tajemnicy, podsuwającego myśl, czy sąsiad, z którym się było w tak dobrych stosunkach nie hołduje ludożerstwu. Na ponawiane pytania barona: „Kiedyż ujrzę znowu przemiłych chłopców?“ odpowiadała (mimo iż wiedząc jakie gromy ściąga na siebie! ) że są bardzo zajęci, że wykłady, że przygotowania do podróży etc. Cobądź by się mówiło, nieodpowiedzialność powiększa błędy a nawet zbrodnie. O ile Landru (przypuściwszy że w istocie zabił swoje żony) zrobił to z chciwości której dałoby się oprzeć — możnaby go ułaskawić; ale nie można, jeśli to wynikło z nieodpartego sadyzmu.
Grube żarciki, na jakie pozwalał sobie Brichot w początkach znajomości z baronem, teraz, z chwilą gdy profesorowi chodziło już nie o prawienie komunałów ale o zrozumienie, ustąpiły przykremu