Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/312

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Charlus tworzył taki kontrast z wyniosłym obcym panem z pierwszego mego pobytu w Balbec, z jego surowem wejrzeniem, afektacją męskości, iż miałem wrażenie, że odkrywam jakąś gwiazdę w całkiem innym okresie jej obrotu i którą dopiero widzi się w całej pełni, w towarzystwie jej satelity. Albo też baron wyglądał jak chory, którego choroba była przed kilku laty zaledwie lekkim i łatwym do ukrycia pryszczykiem, nie pozwalającym się domyślać niebezpieczeństwa.
Mimo iż operacja wróciła Brichotowi nieco wzroku, zdawało że już na zawsze straconego, nie wiem czy spostrzegł draba, ciągnącego się za baronem. To było dość obojętne, bo od czasu la Raspeliére i mimo sympatji jaką uczony miał dla barona, obecność pana de Charlus zawsze budziła w nim niemiłe uczucie. Bezwątpienia, dla każdego z nas życie drugiego człowieka gubi się w mroku ścieżek, których nie podejrzewamy. Zapewne, kłamstwo, tak często mylące a tworzące substancję wszystkich rozmów, pokrywa nieraz uczucia wrogości lub zainteresowania, lub wizytę którą pragniemy zataić, lub jakąś eskapadę z przygodną kochanką, którą chcemy ukryć przed żoną; ale o wiele szczelniej dobra reputacja pokrywa złe obyczaje, nie pozwalając się ich nawet domyślać. Mogą pozostać nieznane całe życie; pewnego wieczoru, przypadkowe spotkanie na molo w porcie zdradzi je; a i ten przypadek bywa źle rozumiany