Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/310

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


południowe słońce, oświadczał, że wolał go od dzisiejszego. Oczywiście, pojmowałem że, jak słowo Kościół oznacza nie tylko budynek o przeznaczeniu religijnem, ale zgromadzenie wiernych, tak Brichot rozumie przez „salon“ nietylko lokal, ale i ludzi którzy tam bywali, osobliwe przyjemności których tam szukali. Rozkoszom tym dały w jego pamięci kształt owe kanapy, na których, przyszedłszy do pani Verdurin popołudniu, czekało się aż będzie gotowa, podczas gdy w ogrodzie kwitnące kasztany, a na kominku wazony goździków zdawały się, przez sympatję dla gościa wyrażoną życzliwym uśmiechem różowych kolorów, niecierpliwie oczekiwać zjawienia się zapóźnionej pani domu. Ale jeżeli ów salon zdawał mu się czemś więcej niż dzisiejszy, to może dlatego, że nasz umysł jest jak stary Proteusz, nie zdolny pozostać niewolnikiem żadnej formy: nawet w dziedzinie światowej wyzwala się nagle z salonu doprowadzonego powoli i z trudem do swego szczytu, aby woleć od niego dawny, mniej świetny. Podobnie nad „retuszowane“ fotografie Odety (zdejmował Otto) na których elegantka ta paradowała w balowej sukni princesse, uczesana przez Lentherica, przekładał Swann „wizytówkę“ robioną w Nizzy, na której w sukiennej pelerynce, z włosami niedbale wymykającemi się z pod słomkowego kapelusza przybranego bratkami, z czarną aksamitną kokardą, o dwadzieścia lat młodsza (kobiety