Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/311

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wyglądają zazwyczaj tem starzej, im fotografje są dawniejsze) wyglądała na pokojówkę mającą o dwadzieścia lat więcej. Może profesor znajdował też przyjemność w zachwalaniu mi tego czego nie znałem, okazania że kosztował niegdyś przyjemności, jakich ja nie mógłbym mieć? Udało mu się to zresztą, cytując bowiem nazwiska paru nie żyjących już osób i użyczając każdej z nich czegoś tajemniczego przez sposób w jaki mówił o nich i o uroku tych przyjaźni, budził we mnie ciekawość co to w istocie mogło być; czułem, że wszystko co mi opowiadano o Verdurinach było o wiele za grube; wyrzucałem sobie, że nawet na tego Swanna, którego znałem, nie dość zwracałem uwagi, że patrzałem nań nie dość bezinteresownie, nie dość go słuchałem, kiedy mnie zabawiał czekając aż żona wróci na śniadanie i kiedy mi pokazywał piękne rzeczy. Czułem to teraz, kiedy wiedziałem, że można porównać Swanna z najświetniejszymi causeurami dawnych czasów.
W chwili gdyśmy wchodzili do państwa Verdurin, ujrzałem pana de Charlus, żeglującego ku nam całem olbrzymiem ciałem, wlokącego bezwiednie za sobą jednego z owych apaszów lub oberwańców, których widok barona wywabiał teraz niechybnie z najbezludniejszych na pozór zakątków i przez których ten potężny potwór był — bardzo mimowoli — stale, choć w pewnej odległości eskortowany niby rekin przez swego pilota. Dzisiejszy p. de