Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/299

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


remi raczył młodą dziewczynę od czasu jak byli zaręczeni, a których koszt mógłby określić jako syn lokaja, zapisującego w „książce“ wydatki mego wuja. Bo książka w liczbie pojedyńczej, dla ogółu śmiertelnych oznaczająca drukowane dzieło, traci to znaczenie dla Książęcych Wysokości i dla lokajów. Dla drugich oznacza książkę rachunkową, dla pierwszych rejestr, w którym zapisuje się swoje nazwisko. (Pewnego dnia w Balbec, kiedy księżna de Luxembourg wspomniała, że nie wzięła z sobą książki, już chciałem jej zaproponować Rybaka Islandzkiego lub Tartarina z Tarasconu, kiedym nagle zrozumiał, że ona chce wyrazić nie obawę nudów, ale fakt iż trudniej mi będzie zapisać u niej moje nazwisko).
Postępowanie Morela wydałoby mu się ohydne przed dwoma miesiącami, kiedy namiętnie kochał siostrzenicę Jupiena, ale od dwóch tygodni powtarzał sobie że właśnie takie postępowanie jest naturalne i godne pochwały. Jednakże mimo zmiany zapatrywań Morela na następstwa tego kroku, wszystko to wzmagało w nim ów stan nerwowości, w którym przed chwilą dokonał zerwania. I już był gotów wyładować swój gniew, jeżeli nie na młodej dziewczynie, wobec której (poza chwilowym atakiem) zachował resztkę obawy — ostatni ślad miłości — to bodaj na baronie. Ale nie chciał mu nic mówić przed obiadem, stawiając bowiem ponad wszystko własne wirtuozostwo, w chwili gdy miał