Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/283

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zmieni faktu że nam szkodzą. Od każdego z lekarzy Bergotte wziął to, czego przez rozsądek wzbraniał sobie od lat. Po kilku tygodniach, dawne przypadłości wróciły, nowe pogorszyły się. Oszalały od nieustannych cierpień, do których przyłączała się bezsenność przerywana zmorami, Bergotte poniechał lekarzy i próbował z powodzeniem, ale często nadmiernie, rozmaitych narkotyków, z ufnością czytając dołączone do nich prospekty. Prospekty te głosiły potrzebę snu, ale insynuowały, że wszystkie sprowadzające sen preparaty (z wyjątkiem preparatu zawartego we flakonie zawiniętym w ów prospekt i nigdy nie grożącego zatruciem) są toksyczne i tem samem czynią lekarstwo gorszem od choroby. Bergotte wypróbował wszystkie te środki. Niektóre są z innej rodziny, niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni, naprzykład pochodne amylu i etylu. Nowy preparat o całkiem innym składzie pochłaniamy z rozkosznem oczekiwaniem czegoś nieznanego. Serce bije nam jak przed pierwszą schadzką. Ku jakim nieznanym rodzajom snu, marzenia, zaprowadzi nas nowy przybysz? Jest teraz w nas, ma władzę nad naszą myślą. W jaki sposób zaśniemy? A skoro raz zaśniemy, przez jakie dziwne drogi, na jakie niezbadane wierzchołki, w jakie otchłanie zawiedzie nas wszechpotężny władca? Jaką nową kombinację wrażeń poznamy w tej podróży? Czy doprowadzi nas do nudności? Bo błogostanu? Do śmierci?