Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


budzenia głębokie wrażenie żeśmy spali. Ale zmory Bergotte’a były inne. Dawniej, kiedy mówił o zmorach, rozumiał pod tem przykre rzeczy, dziejące się w jego mózgu. Teraz czuł, jakgdyby z zewnątrz, rękę zbrojną w mokrą ścierkę, zapomocą której, przeciągając tę ścierkę po jego twarzy, zła kobieta siliła się go obudzić; czuł też nieznośne swędzenie ud, oraz wściekłość oszalałego woźnicy (bo Bergotte szepnął przez sen, że źle powozłi), który się rzucał nań gryząc mu palce, piłując je zębami. Wreszcie, skoro mrok jego snu był dość głęboki, natura robiła rodzaj „próby bez kostjumów“ ataku apoplektyczncgo, który go miał powalić. Bergotte wjeżdżał powozem w bramę nowego domu Swanna, chciał wysiąść. Piorunujący zawrót głowy przygważdżał go do poduszek powozu, odźwierny silił się mu pomóc, ale on siedział, nie mogąc się podnieść ani wyprostować nóg. Próbował się uczepić kamiennego filara który miał przed sobą, ale nie znajdował w nim dostatecznego oparcia aby wstać.
Poradził się lekarzy, którzy, dumni z tego że ich wzywa Bergotte, ujrzeli przyczynę niedomagań w jego pracowitości (już od dwudziestu lat nic nie robił), w przemęczeniu. Poradzili mu, żeby nie czytał makabrycznych powieści (nie czytał nic), aby więcej korzystał ze słońca, „nieodzownego do życia“ (kilka lat względnego polepszenia zawdzięczał jedynie ścisłemu zamknięciu się w domu), aby