Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


warjat. Piękność Morela, jego nikczemność, jego pycha, musiały odwrócić barona od takich dociekań, aż do melancholijnych dni, kiedy Morel (nie mogąc tego niczem poprzeć) obwiniał pana de Charlus o swój smutek, kiedy go lżył za jego nieufność przy pomocy fałszywych lecz nadzwyczaj subtelnych rozumowań, groził mu rozpaczliwemi postanowieniami, wśród których trwała najwyrachowańsza pamięć bezpośredniej korzyści. Wszystko to jest tylko porównanie. Albertyna nie była obłąkana.


∗             ∗

Dowiedziałem się, że tego właśnie dnia nastąpiła śmierć, która mnie bardzo zmartwiła: śmierć Bergotte’a. Czytelnik wie, że choroba jego ciągnęła się oddawna. Nie ta oczywiście, na którą cierpiał zrazu i która była naturalna. Zdaje się, że natura zsyła jedynie choroby dość krótkie. Ale medycyna posiadła sztukę przedłużania ich. Lekarstwa, ulga jaką przynoszą, złe samopoczucie spowodowane pauzą w ich używaniu, stwarzają imitację choroby, którą przyzwyczajenie pacjenta w końcu utrwala, stylizuje, tak jak u dzieci wyleczonych z kokluszu długo trwa napadowy kaszel. Potem lekarstwa działają coraz mniej, zwiększa się dawki, nie przynoszą już żadnej ulgi, ale dzięki tej trwałej niedyspozycji zaczęły szkodzić. Natu-