Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/276

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wręcz przeciwnie! — kiedy ją zniekształca rozkosz zrodzona widokiem piękności. Miłość zresztą nie wyczerpuje wszystkich odmian tego wypadku; nie widzimy naszego ciała, które widzą inni, i „ścigamy“ swoją ideę, przedmiot niewidzialny drugim, a obecny dla nas. Czasem artysta ukaże ją w swojem dziele. Stąd pochodzi, że admiratorzy dzieła doznają rozczarowania poznając autora, w którego twarzy owa wewnętrzna piękność nie doskonale się odbija.
Wszelka istota kochana, a nawet poniekąd wszelka istota, jest dla nas niby Janus, ukazujący nam twarz powabną gdy nas ta istota opuszcza, a uprzykrzoną jeśli ją mamy wiecznie do dyspozycji. Co się tyczy Albertyny, ustawiczne pożycie z nią miało coś inaczej uciążliwego, niż to mogę tutaj wyrazić. Okropną rzeczą jest czuć życie innej osoby przywiązane do naszego, niby bomba, którą niesiemy, nie mogąc jej porzucić bez zbrodni. Ale proszę wziąć jako porównanie przypływy i odpływy, niebezpieczeństwa, niepokój, obawę że ktoś uwierzy później w rzeczy fałszywe i prawdopodobne a niemożliwe do wytłumaczenia, uczucia jakich się doznaje żyjąc w pobliżu warjata. Żałowałem np. pana de Charlus, że żyje z Morelem (wspomnienie południowej sceny przyprawiło mnie o nagły skurcz serca); pomijając stosunki, istniejące lub nieistniejące między nimi, p. de Charlus z pewnością nie wiedział z początku, że Morel jest