Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/273

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mała w ten sam sposób co Albertyna, ani także nie w ten sam sposób co Anna; ale ich ewentualne kłamstwa (przedstawiając równocześnie wielką rozmaitość) zazębiały się idealnie. Gromadka ta posiadała nieprzeniknioną solidarność pewnych domów handlowych — księgarni lub prasy naprzykład — gdzie mimo różnorodności składających je osób, nieszczęśliwy autor nigdy nie zdoła się dowiedzieć, czy go wykierowano. Redaktor dziennika lub tygodnika kłamie z pozorami szczerości tem uroczystszej, ile że trzeba mu w niejednej okazji pokrywać fakt że sam robi ściśle to samo i uprawia te same praktyki handlowe, które piętnował u innych redaktorów lub dyrektorów teatru, u innych wydawców, wówczas gdy podniósł przeciw nim sztandar Szczerości. Obwieścić (jako głowa stronnictwa politycznego, lub w innym charakterze) że kłamstwo to jest rzecz okropna, zmusza najczęściej do tego żeby kłamać więcej od innych, nie porzucając mimo to uroczystej maski, nie zdejmując dostojnej tiary szczerości. Wspólnik „człowieka szczerego“ kłamie inaczej, naiwniej. Oszukuje autora, jak oszukuje żonę, zapomocą farsowych sztuczek. Sekretarz redakcji, człowiek uczciwy i pospolity, kłamie poprostu, jak architekt, przyrzekający że dom będzie gotowy w terminie w którym nawet nie będzie zaczęty. Naczelny redaktor, anielska dusza, woltyżuje między tamtymi trzema i, nie wiedząc o co