Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chodzi, przez braterski skrupuł i tkliwą solidarność, użycza im cennej pomocy niepodejrzanego słowa. Te cztery osobistości żyją w ustawicznej dysharmonji, której kładzie koniec zjawienie się autora. Ponad poszczególne zwady, każdy z nich pamięta o świętym żołnierskim obowiązku spieszenia z pomocą zagrożonemu „korpusowi“. Nie zdając sobie z tego sprawy, oddawna odgrywałem wobec gromadki dziewcząt rolę tego autora. Jeżeli Gizela, mówiąc swoje „właśnie“, myślała o jakiejś koleżance Albertyny, gotowej jechać z nią w podróż z chwilą gdy mnie Albertyna pod tym czy innym pozorem opuści, i jeżeli chciała uprzedzić Albertynę, że godzina już nadeszła lub wybije niedługo, ta sama Gizela raczejby się dała porąbać, niżby mi to powiedziała; wszelkie pytania były więc bezcelowe.
Nietylko takie spotkania jak z Gizelą pogłębiały moje wątpliwości. Podziwiałem naprzykład malarstwo Albertyny. Malarstwo Albertyny, wzruszająca rozrywka więźnia, rozczuliło mnie tak, że go jej powinszowałem. „Nie, to bardzo liche, ale ja nie brałam ani jednej lekcji rysunku. — Ale któregoś wieczora w Balbec mówiłaś mi, żeś została z powodu lekcji rysunku?“ Przypomniałem jej ów dzień, dodając żem odrazu zrozumiał, iż o tej godzinie nie bierze się lekcyj rysunku. Albertyna zaczerwieniła się. „Masz słuszność, rzekła; nie brałam lekcyj rysunku, i wogóle dużo ci kłamałam