Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


uczucie, że pierścień, jakim ramię jej obejmowało moje, łączy nasze dwie osoby w jedną istotę i wiąże nasze losy.
U naszych stóp, nasze równoległe cienie, zbliżone i złączone, tworzyły uroczy rysunek. Bezwątpienia, już w domu wydawało mi się cudowne, że Albertyna mieszka ze mną, że to ona wyciąga się na mojem łóżku. Ale to, że nad owem jeziorem w Lasku które tak lubiłem, ra stóp drzew, słońce malowało na piasku obok mojego cienia jej właśnie cień, czysty i uproszczony cień jej nogi, jej kibici, to było jakgdyby jej uzewnętrznieniem w pełnej naturze. I w tem zlaniu się naszych cieni znajdowałem czar niewątpliwie mniej materjalny, ale nie mniej poufny niż w zbliżeniu się, w zlaniu się naszych ciał.
Wróciliśmy do powozu. I w powrotnej drodze powóz zapuścił się w tie wąskie kręte aleje, gdzie zimowe drzewa, strojne niby ruiny w bluszcz i ciernie, zdawały się wieść do mieszkania czarnoksiężnika. Ledwie opuściwszy ich mroczny szpaler, na wyjezdnem z Lasku odnaleźliśmy pełny dzień, jeszcze tak jasny, iż sądziłem, że mam czas zrobić wszystko co chciałem przed obiadem, kiedy, parę chwil później, gdy powóz zbliżał się do Łuku Tryumfalnego, z nagłem uczuciem niespodzianki i przerażenia ujrzałem nad Paryżem pełny i przedwczesny księżyc niby tarczę zatrzymanego zegara, który każe nam przypuszczać żeśmy się zapóźnili.