Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kazaliśmy woźnicy wracać. Dla Albertyny znaczyło to wracać do mnie. Obecność kobiet, choćby najukochańszych, które muszą, się rozstawać z nami aby wracać do domu, nie daje tego spokoju, jaki ja czerpałem w obecności Albertyny siedzącej przy mnie w powozie, obecności wiodącej nas nie ku próżni rozłąki, ale ku jeszcze trwalszemu i zaciszniejszemu połączeniu się w mojem mieszkaniu, które było także jej mieszkaniem — materjalnym symbolem mojego posiadania. Zapewne, aby posiadać, trzeba wprzód pragnąć. Linję, powierzchnię, bryłę posiadamy jedynie o tyle, o ile miłość nasza je zajmie. Ale Albertyna nie była dla mnie w czasie naszego spaceru, jak była niegdyś Rachela, czczym prochem z ciała i materji. Wyobraźnia moich oczu, warg, rąk, tak trwale zbudowała, tak czule wygładziła w Balbec jej ciało, że teraz w tym powozie, na to aby dotknąć tego ciała, aby je w sobie zawrzeć, nie potrzebowałem się przytulić do Albertyny, ani nawet jej widzieć; wystarczało mi słyszeć ją, a jeżeli milczała, wiedzieć że jest przy mnie; zmysły moje splecione razem spowijały ją całą, a kiedy, przybywszy przed dom, całkiem naturalnie wysiadła, zatrzymałem się na chwilę, aby polecić szoferowi wrócić po mnie, ale spojrzenia moje spowijały ją jeszcze wówczas gdy wchodziła przedemną w bramę. I wciąż odczuwałem ten sam leniwy i domowy spokój, widząc ją ciężką, purpurową, pulchną i niewolną, wracającą całkiem