Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kiedyś może bardziej zbliska. Więżąc Albertynę, przywróciłem wszechświatu wszystkie owe mieniące się skrzydła szeleszczące na promenadach, balach, w teatrach; znów stawały się dla mnie kuszące, bo nie mogły ulec swojej pokusie. Tworzyły piękność świata. Stworzyły niegdyś piękność Albertyny. Wydawała mi się cudowna dlatego żem ją ujrzał jako tajemniczego ptaka, potem jako wielką aktorkę plaży, upragnioną, posiadaną może. Uwięziony u mnie, ten ptak, któregom ujrzał pewnego wieczora przechadzającego się miarowym krokiem po didze, w gromadce dziewcząt, podobnych mewom przybyłym niewiadomo skąd, ta Albertyna straciła wszystkie kolory, wraz z wszystkimi widokami innych na jej posiadanie. Straciła stopniowo swoją piękność. Trzeba było spacerów takich jak ten, kiedym ją sobie wyobrażał bezemnie, nagabywaną przez jakąś kobietę lub przez młodego człowieka, abym ją znów ujrzał w blasku plaży, mimo iż zazdrość moja znajdowała się na innej płaszczyźnie niż schyłek rozkoszy mojej wyobraźni. Ale, mimo tych nagłych zrywów, kiedy, pożądana przez innych, Albertyna znów stawała mi się piękna, mogłem wyraźnie podzielić jej pobyt u mnie na dwa okresy: pierwszy, w którym była jeszcze (mimo iż z każdym dniem coraz mniej) olśniewającą aktorką plaży; drugi, kiedy, stawszy się szarym więźniem, sprowadzona do bezbarwnej siebie samej, aby odzyskać swoje barwy potrzebo-