Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szkoła, afisz na murze, nie mają w całości obrazu tej samej wartości co bezcenna katedra obok? Przypominasz sobie, jak fasada była wypalona słońcem, jak płaskorzeźba ze świętymi w Marcouville pływała w świetle? Cóż szkodzi, że budowla jest nowa, jeżeli się wydaje stara, a nawet jeśli się nie wydaje? Wyciśnięto do ostatniej kropli zawartość poezji ukrytą w starych dzielnicach, ale pewne domy, świeżo wzniesione dla bogatych mieszczuchów, w nowych dzielnicach, z nazbyt białego i świeżo obrobionego kamienia, czyż nie rozdzierają skwarnego lipcowego południa, w porze gdy ludek wraca na śniadanie, krzykiem równie ostrym jak zapach wiśni, zanim podadzą śniadanie w jakiej mrocznej jadalni, gdzie szklane pryzmaty służące za podstawkę na noże rzucają różnokolorowe ognie równie piękne jak witraże w Chartres?
— Jakiś ty kochany! Jeżeli się zrobię inteligentna, to dzięki tobie.
— Czemu w piękny dzień odwracać oczy od Trocadero, którego wieże w kształcie szyi żyrafy przywodzą na myśl punbelnię w Pawii?
— To Trocadero sterczące na wzgórzu przypomniało mi także reprodukcję Mantegny, która jest u ciebie; zdaje się, że to Saint-Sébastien, gdzie w głębi jest amfiteatralnie wnoszące się miasto i gdzie możnaby przysiąc, że znajduje się Trocadero.
— Widzisz! Ale jakim cudem ty znalazłaś reprodukcję Mantegny? Jesteś niesłychana!