Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


karłowatych drzewek, w których czuje się i tak, że to są cedry, dęby, jabłuszniki, tak iż posadziwszy je w skrzynie w twoim pokoju, miałabym olbrzymi las schodzący ku rzece, gdzieby się zgubiły małe dzieci. Tak samo u stóp mojej porcji żółtawych cytrynowych lodów, dostrzegam wybornie pocztylionów, podróżnych, karetki pocztowe, na które język mój podejmuje się staczać lodowe lawiny, mające je pochłonąć (okrutna rozkosz, z jaką to powiedziała, podnieciła moją zazdrość); tak samo — dodała — jak podejmuję się temi wargami zniszczyć, filar po filarze, wenecki kościół z truskawkowego porfiru i zwalić na wiernych to co ocaleje. Tak, wszystkie te budowle przejdą ze swego kamiennego placu do moich wnętrzności, gdzie ich topniejący chłód już drga. Ale wiesz, nawet bez lodów, nic tak nie podnieca i nie budzi pragnienia, jak anonse jakichś cieplic. W Montjouvain, u panny Vinteuil nie było w pobliżu dobrych lodów, ale odbywałyśmy w ogrodzie podróż dokoła Francji, pijąc codzień inną wodę gazową. Naprzyklad Vichy, kiedy się ją nalewa, wznosi się z dna białym obłokiem, niknącym i rozpływającym się, gdy się nie pije dość szybko...
Ale słyszeć w ustach Albertyny o Montjouvain było mi zbyt ciężko; przerwałem jej.
— Nudzę cię kochanie, no, bądź zdrów...
Co za zmiana od czasu Balbec! Wyzywam samego Elstira, czy zdołałby odgadnąć w Albertynie te