Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żam że to jest dobrze powiedziane, i ciągnęła dalej, zatrzymując się na chwilę przy udatnem porównaniu, aby się wreszcie rozśmiać swoim pięknym śmiechem, który mi był tak okrutny, bo tak rozkoszny.)
— Mój Boże, boję się, że u Ritza znajdziesz „kolumny Vendôme“ z lodów czekoladowych lub malinowych; w takim razie trzebaby ich więcej, aby to wyglądało na kolumny wotywne lub na słupy wzniesione w jakiejś alei na chwałę Chłodu. Robią tam także malinowe obeliski, które będą sterczały w palącej pustyni mego pragnienia; stopię ich różowy granit w mojej paszczy którą orzeźwią niczem oaza (i tu buchnął głęboki śmiech, czy to z satysfakcji że się tak pięknie wysławia, czy przez drwiny z samej siebie że się posługuje tak konsekwetnem obrazowaniem, czy, niestety, z fizycznej rozkoszy, że smakuje coś tak dobrego, świeżego, dającego jej jakby namiastkę rozkoszy). Te lodowate cyple od Ritza — ciągnęła — wyglądają czasem niby jakieś Monte-Rosa... a nawet przy cytrynowych wolę żeby nie były monumentalne, raczej nieregulame, urwiste jak góra u Elstira. I nie powinny być zbyt białe, ale trochę żółtawe z tym elstirowskim odcieniem brudnego i bladego śniegu. Choćby nie było ich zbyt dużo, pół porcji jeżeli chcesz, te cytrynowe lody to są i tak góry sprowadzone do maleńkiej skali, ale wyobraźnia przywraca proporcje, jak dla tych japońskich