Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czorów, kiedy matka ledwo mi powiedziała dobranoc, lub nawet nie zaszła do mojego pokoju, czy że gniewała się na mnie, czy że zatrzymali ją goście. Ten niepokój — nie tylko jego transpozycja na miłość — nie, sam ten niepokój, który się okresowo wyspecjalizował w miłości, a który wchodził w grę sam, wówczas gdy nastąpił podział, rozszczepienie uczuć, teraz rozciągał się znowu na nie wszystkie, znów niepodzielny jak w dzieciństwie. Jakgdyby wszystkie moje uczucia — drżąc że nie zdołają zatrzymać Albertyny przy mojem łóżku równocześnie jako kochanki, jako siostry, jako córki, jako matki także, której codziennego dobranoc zaczynałem znów odczuwać dziecinną potrzebę — zaczęły się skupiać, jednoczyć w przedwczesnym wieczorze mojego życia; zapowiadało się ono tak krótkie jak dzień zimowy! Ale, o ile wracał ów niepokój mojego dzieciństwa, zmiana osoby która go budziła, różnica uczuć, przeobrażenie wreszcie mojego charakteru, czyniły mi niepodobieństwem żądać ukojenia od Albertyny, jak niegdyś od matki.
Nie umiałem już powiedzieć: „jestem smutny“. Ograniczałem się z rozpaczą w duszy do mówienia o rzeczach obojętnych, nie zbliżających mnie w niczem do szczęśliwego rozwiązania. Dreptałem w miejscu w bolesnych banalnościach. I z owym intelektualnym egoizmem, który, kiedy błaha prawda odnosi się do naszej miłości, każe nam przy-