Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wyrażała zawód, ja zaś piętrzyłem argumenty, które tak często, kiedy byłem mały, przeciwstawiali mi rodzice i które wydawały się memu niezrozumianemu dziecięctwu tępe i okrutne.
— Nie, mimo twojej smutnej minki — powiadałem — nie mogę cię żałować; żałowałbym cię, gdybyś była chora, gdyby ci się zdarzyło nieszczęście, gdybyś straciła kogoś z rodziny, coby ci zresztą nie sprawiło może żadnej przykrości, wobec nadmiaru fałszywej uczuciowości, który trwonisz dla niczego. Zresztą ja mam nie wielkie pojęcie o sercu ludzi, którzy nas rzekomo kochają a nie są zdolni oddać nam najlżejszej przysługi; ludzi mimo rzekomej ciągłej myśli o nas, zdolnych zapomnieć listu, któryśmy im powierzyli a od którego zależy nasza przyszłość.
Wszystkie te słowa (większość tego co mówimy jest tylko powtarzaniem!) słyszałem w ustach matki, tłumaczącej mi chętnie, że nie trzeba mieszać prawdziwej uczuciowości — tego co Niemcy (których język bardzo podziwiała, mimo wstrętu mego ojca do tego narodu) nazywają Empfindung — z czułostkową Empfindelei. Raz, kiedym płakał, matka powiedziała mi wręcz, iż Neron był może nerwowy, ale nie był przez to lepszy. W istocie, jak owe rośliny które rozdwajają się rosnąc, z poza wrażliwego dziecka, jakiem niegdyś wyłącznie byłem, wyglądał teraz wręcz odmienny mężczyzna, rozsądny, surowy sędzia chorobliwej