Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


moja szukała w nich gorączkowo możliwości zdrady.
Otóż — jutro może — Albertyna zapragnie takich godzin! Trzebaby wybrać: przestać cierpieć, albo przestać kochać. Bo miłość, jak w początkach rodzi się z pragnienia, tak później żyje wyłącznie bolesnym niepokojem. Czułem, że część życia Albertyny umyka mi się. Miłość w swojej bolesnej trwodze, jak w szczęściu pragnienia, jest żądaniem wszystkości. Rodzi się, istnieje tylko o tyle, o ile pozostaje coś do zdobywania. Kochamy jedynie to, czego nie posiadamy całkowicie.
Albertyna kłamała mówiąc, że zapewne nie pójdzie do Verdurinów, jak ja kłamałem mówiąc że chciałem wybrać się do nich. Starała się jedynie zapobiec temu abym jej towarzyszył; ja zaś, nagłem oznajmieniem tego projektu, którego bynajmniej nie zamierzałem wykonać, starałem się zmacać w niej punkt, który mi się zdawał najczulszy, poczuć jej ukrywaną chęć i zmusić ją do wyznania, że moja jutrzejsza obecność nie pozwoliłaby jej zaspokoić tej chęci. Albertyna uczyniła to zresztą, tracąc nagle ochotę do wizyty u Verdurinów.
— Jeżeli nie chcesz iść do Verdurinów — rzekłem — jest w Trocadéro wspaniałe benefisowe przedstawienie.
Wysłuchała z boleściwą miną mojej rady. Zacząłem być dla niej przykry jak w Balbec, w czasach mojej pierwszej zazdrości. Twarz Albertyny