Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mnie przenikała obecność intruza i obawa że mnie telefonistka rozłączy.
— Daruj — rzekłem do Anny — ktoś mi przeszkodził. Czy to całkiem pewne, że ona się wybiera jutro do Verdurinów?
— Absolutnie pewne, ale mogę jej powiedzieć, że sobie tego nie życzysz.
— Nie, przeciwnie, możebne jest, że ja się wybiorę z wami.
— A! — rzekła Anna z wyraźnem niezadowoleniem i jakby przestraszona moją odwagą, w której mnie zresztą tylko umocniła.
— Zatem, do widzenia, przepraszam, że cię napróżno trudziłem.
— Ale nie — rzekła Anna i dodała (w miarę rozpowszechnienia telefonu, rozwinął się dokoła niego ornament specjalnych frazesów, jak niegdyś koło „herbaty“): „Bardzo mi było miło usłyszeć twój głos“.
Mogłem powiedzieć to samo, i szczerzej niż Anna, bo od jakiegoś czasu byłem nader czuły na jej głos, nie zauważywszy wprzódy że jest tak różny od innych. Wówczas przypomniałem sobie jeszcze inne głosy, głosy kobiet zwłaszcza, jedne zwolnione precyzją pytania i napięciem uwagi, drugie zdyszane, nawet przerywane liryczną falą opowiadania; przypomniałem sobie kolejno głosy każdej ze znajomych dziewcząt w Balbec; potem głos Gilberty, potem głos babki, potem pani de Guerman-