Strona:Mali mężczyźni.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Tak; sam widzisz, że mam wielką głowę i dziadunio mówi, że trzeba dużo wiadomości żeby ją napełnić, więc zbiéram je skrzętnie,“ odparł Adaś swym spokojnym tonem.
Alfred roześmiał się, ale po chwili rzekł poważnie:
„Proszę cię, opowiedz mi co.“
Idąc za jego prośbą, Adaś z przyjemnością zaczął opowiadać, bez przecinków ani punktów: „Znalazłem raz ładną książkę, którą chciałem się pobawić, ale dziadunio zabronił i sam pokazywał mi obrazki, opowiadając o nich. Bardzo mi się podobały te historye: o Józefie i jego złych braciach, o żabach, co się wydobyły z morza, o Mojżeszku puszczonym na wodę, i o wielu innych pięknych rzeczach, ale ze wszystkich najlepiéj przypadła mi do smaku historya o Bogu-Człowieku. Dziadunio tyle razy mi ją opowiadał, że ją umiem na pamięć i dał mi ten obraz, żebym jéj nie zapomniał. Jakem raz bardzo chorował, powieszono mi go tutaj, i odtąd pozostał dla innych chorych chłopców, żeby mu się przyglądali.“
„Dla czego on błogosławił te dzieci?“
„Bo je kochał.“
„Czy były biédne?“ spytał Alfred, wpadając w zadumę.
„Tak mi się zdaje: patrz, niektóre są prawie nagie i matki ich nie wyglądają na wielkie panie. On kochał ubogich i bardzo był dla nich dobrym. Wyświadczał im wiele dobrego, wspomagał ich i nauczał bogaczy, żeby się nie obchodzili z nimi srogo. Oni go téż kochali bardzo a bardzo!“ zawołał Adaś z zapałem.
„Czy on sam był bogaty?“