Strona:Mali mężczyźni.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zwykł ją całować w koniec nosa, — poczém rozeszli się na spoczynek.
W dziecinnéj sypialni przytłumione światło lampy padało na obraz wiszący nad łóżkiem Alfreda. Było ich więcéj na ścianach, ale mu się zdawało, że ten musi mieć jakieś szczególne znaczenie, bo go okalała śliczna rama z mchu i szyszek, a u spodu, na haczyku wisiała doniczka, pełna leśnych kwiatów. Obraz ów był najpiękniejszy ze wszystkich, i Alfred wpatrywał się weń z wielką ciekawością.
„To moja własność,“ odezwał się miłym głosikiem Adaś, który właśnie w nocnéj koszulce, chodził do cioci Ludki, po plasterek do skaleczonego palca.
„Co on robi tym dzieciom?“ zapytał Alfred.
„To Chrystus, Bóg-Człowiek: błogosławi dzieci. Czy nic o nim nie wiész?“ zapytał Adaś z zadziwieniem.
„Niewiele; ale chciałbym wiedziéć coś więcéj, bo ma taką miłą twarz,“ odpowiedział Alfred, który dotąd słyszał prawie w tenczas tylko o Bogu-Człowieku, skoro kto wzywał imienia Jego nadaremno.
„Ja wszystko o nim wiem i bardzo mi się ta historya podoba, bo jest prawdziwa,“ rzekł Adaś.
„Kto ci ją opowiedział?“
„Dziadunio; on wie wszystko i opowiada najpiękniejsze rzeczy w świecie. Jak byłem małym, tom się bawił zwykle jego wielkiemi księgami i robiłem z nich mosty, koleje żelazne i domy.“
„Ile masz teraz lat?“ zapytał Alfred z poszanowaniem.
„Skończę niedługo dziesięć.“
„Musisz umiéć dużo rzeczy, prawda?“