Strona:Mali mężczyźni.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


była kłopotliwa i owoce nie chciały dojrzewać, aż do samych mrozów. Wszystkiego miałem tylko jednego melona i dwa arbuzy,“ rzekł Tomek.
„Pszenica ładnie wygląda, jak rośnie,“ odezwał się Alfred.
„Prawda, ale trzeba ją często skopywać; tymczasem fasolę skopiesz raz lub dwa, a jednak prędko dojrzewa. Wyprobuję ją w tym roku; piérwszy się z tém odezwałem, więc mi służyto prawo. Nadziany miał także ochotę na fasolę, ale po namyśle wybrał zwyczajny groch, gdyż trzeba go tylko obrywać. Niechaj obrywa, kiedy go tak dużo jé.“
„Ciekawym, czy ja także dostanę kawałek gruntu?“ rzekł Alfred, któremu nawet najcięższa praca koło uprawy ziemi, sprawiałaby żywą uciechę.
„Ma się rozumieć, że dostaniesz,“ zawołał z dołu pan Bhaer, który wracając z przechadzki, poszedł ich tam poszukać: miał bowiem zwyczaj, co niedzielę pogawędzić z każdym z chłopców, żeby mu dać podnietę do pracy na następujący tydzień.
Sympatya jest dobrą rzeczą i w Plumfield dokonywała cudów: ponieważ chłopcy mieli przekonanie, że ojca Bhaer szczerze obchodzą, otwierali przed nim skorzéj serca, niż przed kobietą. Starsi bardzo lubili rozmawiać z nim o swych nadziejach i zamysłach, jak mężczyzni z mężczyzną, — zwracając się instynktownie w razie choroby lub zmartwienia do pani Ludwiki, — któréj znów malcy spowiadali się z wszystkiego, jak przed matką.
Tomek spuszczając się z gniazda, wpadł w strumyk, ale przyzwyczajony do tego, podniósł się z zimną krwią i poszedł do domu, by obeschnąć. Alfred pozostał więc sam na sam z panem Bhaer, który ujął go sobie zupełnie, gdyż darował mu kawałek gruntu do