Strona:Mali mężczyźni.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Ja znów tego nie umiem,“ odrzekł tamten z takiém poszanowaniem, że się Alfred odważył powiedzieć:
„Pierwszy raz w życiu zdarza mi się teraz sposobność uczenia się, więc szczerze oddam się pracy i będę się starał skorzystać jak najwięcéj. Czy pan Bhaer jest surowym przy lekcyach?“
„Ale gdzież tam! dopomaga nam i objaśnia trudniejsze miejsca; a nie wszyscy tak robią! Naprzykład mój dawny nauczyciel: skoro się kto omylił w jakim wyrazie, zaraz mu dawał po czuprynie,“ rzekł Tomek i rozcierał sobie głowę biedaczek, jak gdyby dopiéro co dostał razy.
„Zdaje mi się, że jabym to umiał czytać,“ rzekł Alfred, przeglądając książkę.
„Spróbuj, ja ci pomogę,“ odezwał się Tomek, przejęty swą wyższością, i gdy Alfred przebrnął jako tako przez jednę stronnicę, zapewnił go, że wkrótce będzie niegorzéj czytał od innych. Następnie gawędzili po koleżeńsku, siedząc w tak zwaném „gnieździe“ na wierzbie.
„To nasze gospodarstwo,“ rzekł Tomek, wskazując na zasiane łany, po drugiéj stronie strumyka. Dostajemy po kawałku gruntu i obrabiamy go według woli. Różne są rzeczy do wyboru, ale zmieniać nie można, póki ziemia nie wyda plonów.“
„Cóżeś ty wybrał na ten rok?“
„Fasolę, bo najłatwiejsza do hodowania.
Alfred nie mógł się wstrzymać od śmiechu, gdy Tomek zsunął kapelusz na tył głowy, ręce włożył do kieszeni i żywcem naśladował parobka Silasa.
„Nie masz się z czego śmiać: fasola jest dużo łatwiejsza, niż pszenica lub kartofle. Przeszłego roku odważyłem się na melony, ale i uprawa ziemi bardzo