Strona:Mali mężczyźni.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się jednak więcéj ku temu ostatniemu sądowi, bo go to bardzo ośmielało, gdy mu napełniała talerz, nie czekając żeby czego zażądał, gdy śmiała się z jego żartów, ciągnęła delikatnie za ucho, lub klepała po ramieniu.
„Możebyś chciał teraz pójść do klasy, ćwiczyć się w hymnach, które mamy śpiewać wieczorem?“ zapytała, odgadując trafnie to, na co właśnie miał ochotę.
Spędził więc kilka godzin sam na sam ze skrzypcami, przy słoneczném oknie ukazującém świat pełen powabów wiosennych, ucząc się wśród ciszy starych hymnów, i zapomniał o ciężkiéj przeszłości w obec uciech teraźniejszéj chwili.
Gdy pobożne grono wróciło z kościoła i wszyscy razem zjedli obiad, każdy się czémś zajął: jeden czytał, drugi pisał list do domu, trzeci uczył się niedzielnych lekcyi, inni rozmawiali spokojnie z kolegami, tworząc małe gromadki, rozrzucone tu i owdzie.
O trzeciéj, wszyscy się wybrali na przechadzkę, bo młode ciało potrzebuje ruchu; a w czasie wycieczki pan Bhaer uczył wraźliwe umysły widziéć i miłować Opatrzność Boską w cudach przyrody. Zawsze im towarzyszył i prostym ojcowskim sposobem potrafił tak nakierować rozmowę, że znajdowali moralną naukę w kamieniu, książkę w szemrzącym strumyku, a dobro we wszystkiém.
Pani Bhaer ze Stokrotką i z synkami pojechała do miasta, żeby odwiedzić babunię, gdyż to było jedyném jéj świętem i największą przyjemnością, na jaką sobie pozwalała raz w tydzień. Alfred niemając dosyć sił do dalekiéj przechadzki, wolał zostać z Tomkiem, który obiecał oprowadzać go po całém Plumfield. — „Jużeś widział dom, więc teraz chodź zobaczyć ogród,