Strona:Mali mężczyźni.djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ponosi takie trudy dla braciszka. Gdy Robcio został zwolniony, Teodorek wypoczywał w półćwiartkowym koszu, gdyż pomimo wielkiego znużenia, nie chciał ustąpić z pola. Jedną brudną rączką odstraszał złodziejki, powiewając kapeluszem, a w drugiéj trzymał orzeźwiające jabłuszko.
Robcio wziął się żywo do roboty, i przed drugą godziną wszystkie orzechy zostały sprzątnięte i umieszczone w śpichrzu; ale wiewiórki nie dały się tak łatwo zwalczyć, i gdy chłopczyna w kilka dni potém zajrzał do swego zbioru, zdumiał się, widząc, jak wiele ubyło. Chłopcy nie mogli skraść, bo drzwi były na klucz zamknięte; gołębie ich nie zjadły, a szczurów tam nie było. — Powstał wielki lament młodych Bhaerątek, ale im Dick powiedział:
„Widziałem jednę wiewiórkę na dachu od śpichrza: może ona je ukradła?“
„Niezawodnie! Muszę miéć pułapkę i zabić ją!“ zawołał Robcio, oburzony taką chciwością.
„Jak będziesz czujnie podpatrywał, to może zobaczysz, gdzie je chowa, a ja ci je wydobędę,“ rzekł Dan, którego bardzo bawiła ta wojna chłopców z wiewiórkami.
Podglądając jakiś czas, dostrzegł Robcio nakoniec, że wiewiórki spuszczają się z gałęzi wiązu na dach od śpichrza, wpadają w okienko, wystraszając tém gołębie, i wychodzą z jednym orzechem w pyszczku. Tak obciążone, nie mogły wracać tą samą drogą, lecz zsuwając się po niskim dachu i po murze, wpadały w jakiś kąt, znikały na chwilę, poczém wychodziły już bez ładunku. Robcio pobiegł do tego miejsca, i znalazł w dole pod liśćmi, stos ukradzionych orzechów, które miały być zaniesione przez wiewiórki, do ich nór.