Strona:Mali mężczyźni.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Ach, wy szkaradnice! dam ja wam teraz! Nie zostawię ani jednego orzeszka za karę!“ zawołał chłopaczek. Uprzątnąwszy kącik w śpichrzu, przeniósł orzechy na poddasze, gdzie chciwym wiewiórkom nie podobna było dostać się przez szyby. Zdawało się, że i te złośliwe stworzenia czują, iż walka skończona, bo się skryły w jamie. Nie mogły jednak wytrzymać, żeby mu czasem nie rzucić na główkę łupiny od orzecha, lub żeby nie krzyczéć przeraźliwie, jak się pokazał, jak gdyby dla pomsty, że wygrana po jego stronie.
Państwa Bhaer plony były innego rodzaju i nie tak łatwe do opisania, ale byli zadowoleni, że się im powiodły letnie mozoły; w późniejszym zaś czasie, nastąpiło żniwo, które ich bardzo uszczęśliwiło.





Rozdział dziewiętnasty.
Jan Brooke.

„Wstawaj prędko, drogi Adasiu!“
„Jakto, tylko com się położył? Jeszcze nie może być rano!“ odrzekł, i obudzony z pierwszego snu, mrugał oczkami jakby sowa.
„Niéma więcéj, jak dziesiąta, ale twój ojciec bardzo chory, i pojedziemy do niego. Ach mój Adasiu! mój biédny Adasiu!“ wołała ciocia Ludka, i oparła głowę na poduszce ze łkaniem, które odegnało sen z powiek chłopczyka i przepełniło mu serduszko strachem. Rozpłakał się na tę myśl, że jakaś strata musiała go uczynić „biédnym“, i przytulił się do pani