Strona:Mali mężczyźni.djvu/289

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się od śmiéchu, przyniosła dużego melona; potém Silas ukazał się z drugim; a nareszcie Dan, z trzecim. Postawiono je przed trzema winowajcami, i przeczytali na zielonéj łupinie pod wyrazem „świnia“ ten dodatek: „przesyła ukłony.“ Gdy całe grono przeczytało napis, powstał ogólny szmer, bo szeptano sobie do ucha, że to jest w związku z popełnionym figlem. Emil, Antoś i Tomek nie wiedzieli gdzie podziać oczy, i nie mogąc znaleść ani jednego słówka na swoję obronę, zaczęli się śmiać wraz z całém towarzystwem, a potém częstowali wszystkich melonami, przyznając że Nadziany zręcznie im się odpłacił dobrem za złe.
Dan nie miał gospodarki, bo go nie było w Plumfield przez większą część lata, a potém kulał na nogę. Za to w czém tylko mógł, pomagał Silasowi, rąbał drwa dla Azyi, i pielęgnował trawnik przed domem, dla pani Ludwiki.
Gdy inni znosili swe plony, żal mu było że się prawie niczém popisać nie może; ale na jesieni obmyślił leśne zbiory, w czém go nikt nie ubiegał. Co sobotę, obładowany przychodził z lasów, pól i gór, — wiedząc na któréj łące ładne mieczyki rosną, w którém zaroślu sasafry są najwonniejsze, do któréj leszczyny chodzą wiewiórki po orzechy, który dąb ma korę najpiękniejszą, i któremi ziółkami dozorczyni leczy od wrzodów. Dla przystrajania gabinetu pani Ludwiki, przynosił rozmaite purpurowe i żółte liście, wdzięczne i wonne trawki, owoce powojnika, żółte jagody jakby woskowe, mchy o czerwonych brzeżkach, białe, lub szmaragdowe.
„Nie potrzebuję wzdychać teraz do lasów, bo mi je Dan tutaj przynosi,“ mówiła zwykle pani Bhaer, strojąc ściany w żółte gałęzie klonu, ponsowe wieńce z kapryfolium, lub układając w wazonach brunatną