Strona:Mali mężczyźni.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Ona nie jada słodyczy; ale wiem, że się bardzo ucieszy, jeżeli jéj darujesz tę różę z cukru, wraz z pudełkiem,“ powiedziała pani Ludwika, by nie zmarnować w „tłuściochu“ tak rzadkiego wyrzeczenia się siebie.
„Czy jéj tylko nie zjé, bo nie chciałbym, żeby się przezemnie rozchorowała,“ powiedział, wpatrując się z lubością w różyczkę, — a jednak włożył ją do pudełka.
„Jak ja zakażę, to jéj nawet nie dotknie. Umiałaby ją miéć kilka tygodni, i nie skosztować. — A ty, czy zdobyłbyś się na to?“
„Spodziéwam się: wszakżem dużo starszy od niéj!“ zawołał z oburzeniem.
„Zróbmy próbę: wsyp cukierki do tego woreczka, i uważaj, jak długo będziesz je mógł przechować. Policzmy: dwa serduszka, cztery czerwone rybki, trzy koniki, dziewięć migdałów i dwanaście kulek czekoladowych. — Cóż, zgadzasz się na ten plan?“ zapytała figlarnie pani Ludwika, wkładając cukierki do woreczka.
„Dobrze,“ odparł Nadziany z westchnieniem, i schowawszy ten zakazany owoc, poszedł obdarzyć Becię, za co pozyskał uśmiéch i pozwolenie, by jéj towarzyszył do ogrodu.
„W biédnym Nadzianym serce bierze nareszcie górę nad żołądkiem; a względy Beci wynagrodzą go za te wysiłki,“ rzekła pani Ludwika.
„Szczęśliwy, kto może pokusę schować do kieszeni, i uczyć się wyrzeczenia się siebie, od tak miluchnéj mistrzyni,“ dodał pan Bhaer, gdy dzieci te przechodziły pod oknem. Nadziany miał na tłustéj twarzy wyraz spokojnego zadowolenia, a Złotowłosa przy-